Pogaduchy przy herbacie: przetarcia.


Są różne rodzaje osób. Jedni odnajdują się w świecie bez problemu i potrafią wszystko wyważyć. Są też tacy, którzy popadają w skrajności w skrajność: nie ma nic pośrodku. W przypadku takich osób umiejętność odnajdywania równowagi w życiu przychodzi z wiekiem lub wcale. W każdym bądź razie wniosek jest następujący: nic samo nie przychodzi i trzeba czasem przejść długą i bolesną drogę, żeby to osiągnąć. Mimo tego demony i tak czasem wracają.
Rzecz cała zaczęła się bardzo wcześnie bo już w gimnazjum. Do tego czasu życie toczyło się dla mnie szczęśliwie. Byłam troszkę pulchniejsza ale nie było to dla mnie problemem. Liczyły się inne rzeczy dopóki nie usłyszałam pierwszego nieprzyjemnego komentarza.
Co zostało wzięte na celownik?
Moje stykające się uda i przecieranie się dzięki temu spodni. Długo tego nie rozumiałam. Przetarły się i co z tego? To tylko materiał. Normalne, że się zużywa. Trzeba kupić nowe spodnie i tyle.
Jednak spodnie z czasem stawały się coraz częstszym powodem do nagonki. Wtedy oto dowiedziałam się, że jestem gruba.
Właśnie w tym okresie gimnazjum czułam, że nic co robię nie jest robione bo tego chcę. Mój świat nagle wywrócił się do góry nogami bo musiałam odmawiać sobie ulubionego jedzenia. Jako dla nastolatki, w sumie to jeszcze dziecka, był to dla mnie skok na głęboką wodę. Wyliczanie jedzenia, kalorie itd. Rozumiecie? Biegałam, a nie była to moja ulubiona dziedzina sportu. Nie chodzi o to, że byłam leniem. Brakowało mi wtedy osoby, która zaraziłaby mnie tym wszystkim w sposób pozytywny, która by motywowała i była w tym wszystkim ze mną. Nie miałam takiej osoby. Mało tego: mimo wszystkiego co robiłam, stale słyszałam słowa krytyki.
Wtedy nadeszło liceum gdzie poznałam ludzi, którzy mnie wspierali i akceptowali taką, jaką byłam. Starali się pokazać mi, że świat ma wiele odcieni szarości i to, że ludzie są różni. Podziwiałam osoby, które czuły się ze sobą dobrze. Niestety było już troszkę za późno.
Mianowicie do mojej psychiki wryły się słowa typu ,,jak możesz na siebie patrzeć w lustrze?’’ lub ,,nie przeszkadza ci to, jak wyglądasz?’’. Do tego moje ciało nadal pamiętało podszczypywanie i inne takie. Uwierzcie mi, że to i tak kropla w morzu łez przelanych w poduszkę. Dostałam kopa pod tytułem ,,zobacz jacy ludzie potrafią być okrutni''.
Nie byłam w stanie wyplewić z siebie negatywnych myśli. Nikt nie był w stanie tego zrobić. Cały czas widziałam w sobie grubaska. Coraz bardziej popadałam w obsesję na punkcie swojego wyglądu. Coraz bardziej nienawidziłam siebie. Paranoja zaczęła się od tego, że obwiniłam za całą swoją sytuację mięso. Postanowiłam przestać je jeść. Moje postanowienie trwało 4 lata.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że wpędzam się w chorobę. Nie tylko zrezygnowałam z mięsa ale zmniejszałam sobie porcje. Zdarzało się nawet, że przez cały tydzień potrafiłam jeść chleb z dżemem na śniadanie, obiad i kolację. Oczywiście odnosiłam wrażenie, że jem normalnie. Nic się nie dzieje. Do tego znajdywałam sobie różne ćwiczenia w Internecie i... ćwiczyłam. Codziennie. Bez wytchnienia. Ważyłam 47 kg. Wszyscy moi bliscy bali się o mnie. Najsmutniejsze było to, że patrząc na swoje zdjęcia i odbicie w lustrze, nadal twierdziłam, że jestem gruba.
Do pewnego dnia.
Ten dzień był dla mnie przełomem. Byłam wtedy w Poznaniu. Chciałam odwiedzić w szpitalu bardzo bliską mi osobę. Wtedy je zobaczyłam. Dziewczynki cierpiące na anoreksję. Sunące niczym cień po korytarzu. Samotne. Cierpiące. W pewnym momencie grupka z nich podeszła do mnie z zachwytem w oczach. Obsypały mnie pytaniami. Jak ja to robię, że jestem tak pięknie szczupła? Co jem? Co ćwiczę? Do dziś na to wspomnienie ze smutku ściska mi się gardło.
Wtedy przestraszyłam się. Zaczęłam bać się o siebie, o swoje zdrowie i o swoje życie. W drodze do domu dopadłam telefon, żeby przyjrzeć się swoim zdjęciom. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pytania: jak mogłam nie zauważyć tej bladości na twarzy? Zmęczenia w oczach? Odstających obojczyków i osłabionych włosów? Nie wiem. Jednak nie widziałam tego. W bólu rozpoczęłam walkę ze swoją psychiką. Pierwszym krokiem było zmniejszenie ilości ćwiczeń. Potem pojawienie się zdrowych ilościowo porcji na talerzu. Następnie w moim menu pojawiła się ryba, która była wstępem do innych gatunków mięs. Małymi krokami wyszłam na prostą. Jest mi bardzo przykro, bo niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że swoimi słowami nie tylko sprawiają ból ale wywierają duży wpływ na życie krytykowanego.
Obecnie jem z głową, dbam o siebie i trenuję. Jestem silna, piękna, zdrowa i przede wszystkim mądrzejsza. Psychika ludzka jest jednak na tyle skomplikowana, że lubi przywoływać demony z przeszłości. Stare kompleksy czasem wracają i próbują mnie złamać. Jednak nie jestem sama. Bardzo dużo czasu poświęciłam, aby wyważyć swoje życie. Wiele osób mi w tym pomogło. Z każdej walki wychodzę zwycięsko i coraz to silniejsza. 
A Ty? Jesteś świadom wagi swoich słów?

Komentarze